Być turystyczną atrakcją.

27 Mar

W poprzedniej notce obiecałem się zająć szerzej jedną z dziesiątek turystycznych atrakcji oferowanych przez biura podróży na północy Tajlandii, a konkretnie odwiedzinami u górskich plemion. Wyglądające z turystycznych prospektów uśmiechnięte twarze odzianych w bajecznie kolorowe stroje Hmongów, Yao, Karen czy Mon zachęcają do odwiedzenia swych rodzinnych wiosek. Terenowym samochodem, na słoniu i tratwie, wycieczki jedno i wielodniowe, tak ekologicznie jak i rozjeżdżając dżunglę quadami.

Bylibyśmy ostatnimi, którzy odradzaliby komukolwiek udział w takiej ekscytującej i bez wątpienia pouczającej wyprawie. My osobiście tę atrakcję postanowiliśmy sobie odpuścić i zrezygnować z okazji strzelenia sobie fotki z przedstawicielami barwnie odzianych lokalsów, lecz spowodowane było to tylko i wyłącznie tym, iż nie mogliśmy się jakoś pozbyć nieodparcie narzucającego się nam wrażenia, że gdzieś tu zaciera się właśnie granica pomiędzy pójściem na występ zespołu folklorystycznego a wizytą w zoo.

Nie zatem o impresjach z pobytu w wiosce Hmongów czy Karen rzecz to będzie, ale o sytuacji w jakiej część tych ludzi się znalazła. Sytuacji bardzo niewesołej.

Północna Tajlandia jest domem dla wielu grup etnicznych od pokoleń zamieszkujących te górskie tereny. Zajęci swoimi własnymi sprawami nie zauważyli nawet (bo przecież nikt ich się nie pytał czy życzą sobie mieszkać w Tajlandii czy w Birmie), że gdzieś tam wielcy tego świata wytyczają jakieś granice i że niektóre z nich przebiegać będą przez ziemie, które oni dotąd uważali za swe własne. Zresztą jeśli nawet coś tam do nich docierało, to nie mogli przecież przewidzieć jak poważne będzie to miało dla nich, a zwłaszcza dla ich dzieci konsekwencje.

Jest ich wielu, różnymi mówią językami, odmienne mają zwyczaje i różnorakie noszą stroje, lecz problem mają wspólny. Nie są Tajami. Nie, nie to nawet, że są obywatelami drugiej kategorii – oni obywatelstwa nie posiadają w ogóle. A bez niego ciężko.

Każdej, najbiedniejszej nawet tajskiej rodzinie przysługuje 30-to bahtowa „healthcare card” zapewniająca ich dzieciom dostęp do opieki medycznej – bezpaństwowcy płacić muszą z własnej kieszeni, a na leki większość z tych ludzi po prostu nie stać. Są zadłużeni po uszy w tajskich szpitalach, bądź w skrajnych przypadkach ich dzieci po prostu umierają. Dla ludzi pozbawionych praw to jednak nie koniec problemów – bez lekarza bowiem ciężko, ale bez nadziei jeszcze trudniej. A jeśli jakaś nadzieja na poprawienie jakości życia, przynajmniej tego najmłodszego pokolenia istnieje, to jest nią zdobycie wykształcenia. I tu pojawiają się kolejne schody, bo jak się domyślacie prawo do edukacji zapisane w stosownych ustawach ich rzecz jasna nie dotyczy… Cały ten wielki, pełen różnorakich możliwości świat jest na wyciągnięcie ręki, ale dla tych młodych ludzi jest jednak nieosiągalny. Całkiem dosłownie zresztą, bowiem nawet żeby opuścić prowincję w której przyszło im żyć starać się muszą o specjalne zezwolenie, a jeśli bez ważnej przepustki zostaną złapani gdzieś poza jej granicami grozi im więzienie.

Mimo fachowej pomocy prawnej udzielanej przez rozmaite NGO procedury uzyskania obywatelstwa ciągną się latami, zaś systemowe rozwiązanie problemu od dawna obiecywane przez władze wciąż pozostaje tylko obietnicą. Tymczasem pracownicy fundacji Children of the Forest prowadzącej bezpłatne szkoły dla najmłodszych, czyli najbardziej z powodu tej patowej sytuacji cierpiących, alarmują, że ich podopieczni nie mają motywacji do nauki. Dzieci zdają sobie sprawę z tego, że nawet jeśli jakimś cudem uda im się skończyć szkołę średnią, to na tym ich edukacja będzie się musiała się zakończyć – większość wyższych uczelni wymaga od kandydatów na studia tajskiego obywatelska. Dla maluchów, z których część codziennie musi pieszo pokonać nawet 10 kilometrów by dotrzeć do miejsca z którego na lekcje zabierze ich szkolna ciężarówka ta motywacja to rzecz pierwszorzędna, bo jeśli się poddadzą i zrezygnują ich pole manewru będzie już na prawdę niewielkie. Dla dziewcząt szczytem kariery będzie zapewne zdobycie posady służącej gdzieś w Bangkoku, choć dużo bardziej prawdopodobne jest, że wylądują na ulicy, chłopcy zaś co najwyżej mogą spróbować swych sił w narkotykowym biznesie, który tu, przy granicy ma się dobrze jak nigdy. No i zawsze można zostać turystyczną atrakcją.

Gdy opuszczaliśmy Mae Hong Son na rogatkach miasta napotkaliśmy wojskowy patrol sprawdzający wszystkie przekraczające granice miasta pojazdy. Kontrolujący nas żołnierz nawet nie spojrzał na nasze paszporty, za to wprawnym wzrokiem wyłowił siedzącą z tyłu vana rodzinę Karen. Opatrzone odciskami palców zezwolenia na opuszczenie prowincji były w porządku, lecz dla malucha, którego trzymali na kolanach papierów stosownych nie mieli. Żołnierz westchnął, machnął ręką. Chociaż tyle.

Jako się rzekło, zdjęć z wioski Karen nie będzie, w zamian za to kilka fotek z Mae Hong Son, miasteczka do odwiedzin którego gorąco zachęcamy wszystkich miłośników świętego spokoju, ładnych widoczków i… sezamu. A ludzi z górskich plemion spotkacie na miejscowym targu gdzie przyjeżdżają sprzedawać płody rolne i swoje bajeczne wręcz rękodzieło.

Mae05

Mae06 Mae03

Mae02

Mae01

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: