Być turystyczną atrakcją.

27 Mar

W poprzedniej notce obiecałem się zająć szerzej jedną z dziesiątek turystycznych atrakcji oferowanych przez biura podróży na północy Tajlandii, a konkretnie odwiedzinami u górskich plemion. Wyglądające z turystycznych prospektów uśmiechnięte twarze odzianych w bajecznie kolorowe stroje Hmongów, Yao, Karen czy Mon zachęcają do odwiedzenia swych rodzinnych wiosek. Terenowym samochodem, na słoniu i tratwie, wycieczki jedno i wielodniowe, tak ekologicznie jak i rozjeżdżając dżunglę quadami.

Bylibyśmy ostatnimi, którzy odradzaliby komukolwiek udział w takiej ekscytującej i bez wątpienia pouczającej wyprawie. My osobiście tę atrakcję postanowiliśmy sobie odpuścić i zrezygnować z okazji strzelenia sobie fotki z przedstawicielami barwnie odzianych lokalsów, lecz spowodowane było to tylko i wyłącznie tym, iż nie mogliśmy się jakoś pozbyć nieodparcie narzucającego się nam wrażenia, że gdzieś tu zaciera się właśnie granica pomiędzy pójściem na występ zespołu folklorystycznego a wizytą w zoo.

Nie zatem o impresjach z pobytu w wiosce Hmongów czy Karen rzecz to będzie, ale o sytuacji w jakiej część tych ludzi się znalazła. Sytuacji bardzo niewesołej.

Północna Tajlandia jest domem dla wielu grup etnicznych od pokoleń zamieszkujących te górskie tereny. Zajęci swoimi własnymi sprawami nie zauważyli nawet (bo przecież nikt ich się nie pytał czy życzą sobie mieszkać w Tajlandii czy w Birmie), że gdzieś tam wielcy tego świata wytyczają jakieś granice i że niektóre z nich przebiegać będą przez ziemie, które oni dotąd uważali za swe własne. Zresztą jeśli nawet coś tam do nich docierało, to nie mogli przecież przewidzieć jak poważne będzie to miało dla nich, a zwłaszcza dla ich dzieci konsekwencje.

Jest ich wielu, różnymi mówią językami, odmienne mają zwyczaje i różnorakie noszą stroje, lecz problem mają wspólny. Nie są Tajami. Nie, nie to nawet, że są obywatelami drugiej kategorii – oni obywatelstwa nie posiadają w ogóle. A bez niego ciężko.

Każdej, najbiedniejszej nawet tajskiej rodzinie przysługuje 30-to bahtowa „healthcare card” zapewniająca ich dzieciom dostęp do opieki medycznej – bezpaństwowcy płacić muszą z własnej kieszeni, a na leki większość z tych ludzi po prostu nie stać. Są zadłużeni po uszy w tajskich szpitalach, bądź w skrajnych przypadkach ich dzieci po prostu umierają. Dla ludzi pozbawionych praw to jednak nie koniec problemów – bez lekarza bowiem ciężko, ale bez nadziei jeszcze trudniej. A jeśli jakaś nadzieja na poprawienie jakości życia, przynajmniej tego najmłodszego pokolenia istnieje, to jest nią zdobycie wykształcenia. I tu pojawiają się kolejne schody, bo jak się domyślacie prawo do edukacji zapisane w stosownych ustawach ich rzecz jasna nie dotyczy… Cały ten wielki, pełen różnorakich możliwości świat jest na wyciągnięcie ręki, ale dla tych młodych ludzi jest jednak nieosiągalny. Całkiem dosłownie zresztą, bowiem nawet żeby opuścić prowincję w której przyszło im żyć starać się muszą o specjalne zezwolenie, a jeśli bez ważnej przepustki zostaną złapani gdzieś poza jej granicami grozi im więzienie.

Mimo fachowej pomocy prawnej udzielanej przez rozmaite NGO procedury uzyskania obywatelstwa ciągną się latami, zaś systemowe rozwiązanie problemu od dawna obiecywane przez władze wciąż pozostaje tylko obietnicą. Tymczasem pracownicy fundacji Children of the Forest prowadzącej bezpłatne szkoły dla najmłodszych, czyli najbardziej z powodu tej patowej sytuacji cierpiących, alarmują, że ich podopieczni nie mają motywacji do nauki. Dzieci zdają sobie sprawę z tego, że nawet jeśli jakimś cudem uda im się skończyć szkołę średnią, to na tym ich edukacja będzie się musiała się zakończyć – większość wyższych uczelni wymaga od kandydatów na studia tajskiego obywatelska. Dla maluchów, z których część codziennie musi pieszo pokonać nawet 10 kilometrów by dotrzeć do miejsca z którego na lekcje zabierze ich szkolna ciężarówka ta motywacja to rzecz pierwszorzędna, bo jeśli się poddadzą i zrezygnują ich pole manewru będzie już na prawdę niewielkie. Dla dziewcząt szczytem kariery będzie zapewne zdobycie posady służącej gdzieś w Bangkoku, choć dużo bardziej prawdopodobne jest, że wylądują na ulicy, chłopcy zaś co najwyżej mogą spróbować swych sił w narkotykowym biznesie, który tu, przy granicy ma się dobrze jak nigdy. No i zawsze można zostać turystyczną atrakcją.

Gdy opuszczaliśmy Mae Hong Son na rogatkach miasta napotkaliśmy wojskowy patrol sprawdzający wszystkie przekraczające granice miasta pojazdy. Kontrolujący nas żołnierz nawet nie spojrzał na nasze paszporty, za to wprawnym wzrokiem wyłowił siedzącą z tyłu vana rodzinę Karen. Opatrzone odciskami palców zezwolenia na opuszczenie prowincji były w porządku, lecz dla malucha, którego trzymali na kolanach papierów stosownych nie mieli. Żołnierz westchnął, machnął ręką. Chociaż tyle.

Jako się rzekło, zdjęć z wioski Karen nie będzie, w zamian za to kilka fotek z Mae Hong Son, miasteczka do odwiedzin którego gorąco zachęcamy wszystkich miłośników świętego spokoju, ładnych widoczków i… sezamu. A ludzi z górskich plemion spotkacie na miejscowym targu gdzie przyjeżdżają sprzedawać płody rolne i swoje bajeczne wręcz rękodzieło.

Mae05

Mae06 Mae03

Mae02

Mae01

Reklamy

Vipassana w Wat Tam Wua.

30 Sty

Jako, że Ola zakończyła pobieranie nauk w Shivagakomarpaj Thai Massage School w Chiang Mai, cztery tygodnie jej ciężkiej pracy uczcić postanowiliśmy jakimś okolicznościowym wyjazdem.

Szczęśliwym trafem właścicielka guesthouse`u w którym się zatrzymaliśmy prowadzi także małe biuro turystyczne, co pozwoliło nam zapoznać się z szeroką gamą aktywności oferowanych żądnym wrażeń turystom. Oj, nudzić to się proszę państwa w Chiang Mai nie sposób…

Można na ten przykład wybrać się w góry a potem jeździć po tych górach na rowerze, quadzie, lub terenowym samochodem, spływać w dół kajakiem, tratwą, pontonem bądź na oponie. Można łowić ryby, latać na motolotni, skakać na bungee, zjeżdżać na zawieszonej nad dżunglą linie, albo wybrać się na trekking w celu odkrywania piękna tutejszej flory i fauny (w programie również wizytacja u zamieszkujących te tereny górskich plemion, której to atrakcji pozwolimy sobie poświęcić osobną notkę). Można odwiedzić jeden z parków linowych, zająć się wspinaczką, albo penetrowaniem jaskiń. Można w końcu przyjrzeć się z bliska tresurze węży, tygrysów lub słoni a na tych ostatnich także sobie pojeździć.

(Ostatnio, w związku z pojawieniem się w okolicy dużej ilości młodych ludzi wrażliwych na los zwierząt, w asortymencie pojawiły się, będące hitem sezonu wycieczki „No training, no riding – only hug and kissing”. Kosztuje taka przyjemność tyle samo tylko, że zamiast na słoniu jeździć idzie się obok niego. Słoniom jak mniemam różnicy specjalnej ta zmiana nie robi, za to ludzie są więcej niż zadowoleni).

Jednym słowem riding, training, biking, tubing, jumping, canoeing, trekking, climbing i jaki tam sobie jeszcze „ing” przyjdzie wam do głowy (brak divingu wynika jedynie z braku w najbliższej okolicy jakiegokolwiek oceanu).

 

Przyjrzawszy się wnikliwie tej atrakcyjnej ofercie postanowiliśmy… pojechać do klasztoru.

Polecony nam przez pewnego zapoznanego przez Olę w szkole masażu Hiszpana, monaster Tam Wua położony jest w górach Shan, około 40 kilometrów od uroczego miasteczka Mae Hong Son, nieopodal granicy z Birmą. Klasztor cieszy się w okolicy sporą sławą i każdy kierowca poinformowany zawczasu dokąd się udajecie będzie wiedział gdzie się zatrzymać.

(Uwaga! Trwająca sześć godzin podróż po obfitującej w niezliczoną ilość zakrętów górskiej drodze, osobom cierpiących na chorobę lokomocyjną wydać się może prawdziwą drogą przez mękę i w tym wypadku nie od rzeczy wydaje się rozważenie opcji lotniczej – Mae Hong Son posiada niewielkie, lecz całkiem sprawne lotnisko, a ceny lokalnych połączeń nie należą do szokująco wysokich).

Czym jest vipassana rozpisywać się tutaj nie zamierzam, bo fachowiec ze mnie żaden, więc zainteresowanych odsyłam do bardziej kompetentnych źródeł, samemu zaś ograniczę się do opisania jak codzienne życie się w takim klasztorze toczy. Dzień rozpoczyna się o 6 rano, zwiastowaną przez uderzenia w bębny ceremonią ofiarowania mnichom pożywienia a w chwilę potem, zaraz po pożywnym śniadaniu, rozpoczyna się już prawdziwy maraton medytowania. Sposobów medytacji miejscowi mnisi oferują trzy: na siedząco, na chodząco oraz (wnosząc po rozlegającym się w jej trakcie powszechnym chrapaniu) przez sporą część gości ulubiony – na leżąco. Dla tych zaś, którzy do takich spraw podchodzą bardziej hardcorowo, znajdzie się i jaskinia, w której to medytowanie może nie jest jakoś specjalnie bardziej efektywne, ale bez wątpienia dużo bardziej widowiskowe. Wszystkie zajęcia odbywają się pod kierunkiem władającego bardzo sprawnym angielskim mnicha-nauczyciela, chętnie odpowiadającym na wszelkie pytania i od nowo przybyłych nie jest wymagana jakakolwiek znajomość tematu.

Aha. Jako, że reguły w tym przybytku zakonne, musicie moi drodzy zapomnieć o wszelkich używkach jak również pogodzić się z faktem, że mnisi, a co za tym idzie wszyscy przebywający w klasztorze, jedzą jedynie dwa wegetariańskie posiłki dziennie, w tym ostatni o godzinie 11 rano *. Pary (dotyczy to również małżeństw), zostają na czas pobytu rzecz jasna odseparowane.

Cóż tu można napisać? Tym z Państwa którzy mieliby ochotę oderwać się na chwilę od spraw tego świata, popróbować medytacji, w pięknych okolicznościach przyrody uciąć sobie pogawędkę z mnichem, wyciszyć się odrobinę, w końcu zaś, korzystając z dobrodziejstw mnisiej diety, zrzucić kilka kilogramów (z osiągnięć na polu odchudzania przybyszów z Zachodu miejscowy opat wydaje się być szczególnie dumny) gorąco to miejsce polecamy.

Tych zaś, którym pomysł spędzania 6 godzin dziennie na medytowaniu wydaje się nie być najlepszym, idea konsumowania ostatniego posiłku w południe zdaje się być barbarzyńską, bądź na ten przykład nie wyobrażają sobie dnia bez dostępu do internetu (nie wiedzieć czemu mnisi nie uznali za stosowne zainstalować w klasztorze wi-fi) również do odwiedzin klasztoru zachęcamy.

Z jednego choćby tylko powodu: tam jest PO PROSTU PIĘKNIE.

WatTamWua06

WatTamWua09

WatTamWua02

WatTamWua04

WatTamWua07

WatTamWua10

WatTamWua14

WatTamWua11

WatTamWua13

Czy odnieśliśmy z tygodnia spędzonego w Wat Tam Wua jakieś osobiste korzyści? A i owszem. Lekcje vipassany przydały się nam już w kwadrans po opuszczeniu klasztoru, kiedy to okazało się, że umówiony dzień wcześniej kierowca, który zawieść miał naszą małą grupkę do Mae Hong Son oświadczył, że w wiosce rozpoczyna się właśnie impreza i fatygować się do miasta nie ma dzisiaj po prostu najmniejszej ochoty.

*Troszkę Państwa nastraszyliśmy? Bez obaw. W klasztorze nikt na siłę nikogo nie trzyma, a już dwudziestominutowy spacerek wystarcza by dotrzeć do najbliższej wioski z nie najgorzej zaopatrzonym sklepikiem, w którym to wygłodniali pensjonariusze klasztoru znaleźć mogą dla swych umęczonych brzuchów ukojenie 😉

Luciano, czyli opowieść wigilijna.

22 Gru

Obiecaliśmy Państwu onegdaj, że czas wasz cenny zajmować będziemy jedynie wtedy, gdy coś zda nam się być jeśli nie ważnym, to chociaż na tyle ciekawym, iż godnym okazać się może waszej uwagi. Pozwólcie zatem, że przedstawimy Wam Luciano – postać, która naszym zdaniem na taką uwagę właśnie zasługuje.

Spotkać go można przy Tha Pae Gate, jednej z czterech (dziś symbolicznych już raczej) bram wiodących do sławnej stolicy Królestwa Lanna – Chiang Mai. Ten, na pierwszy rzut oka wyglądający na bezdomnego szaleńca 54-letni pan, porusza się na rowerze z tabliczkami oznajmiającymi wszem i wobec, że on Luciano… przytula. Za darmo.

Luciano

Urodził się we Włoszech. Okres dorastania nie był najszczęśliwszym okresem w jego życiu, a on sam, jak wspomina nie za bardzo lubił ludzi. Z wzajemnością zresztą. Sprzedał dom a pieniądze uzyskane w ten sposób przeznaczył na podróż do Indii, gdzie spędził następnych 17 lat swego życia, przez ten cały czas w miarę skutecznie unikając towarzystwa bliźnich. Pięć lat temu miał jednak poważny wypadek na motocyklu, w wyniku którego został częściowo sparaliżowany. Werdykt włoskich lekarzy (do których to udał się w poszukiwaniu pomocy) był jednoznaczny: resztę życia spędzisz na inwalidzkim wózku. Luciano do wiadomości przyjąć jednak tej diagnozy nie chciał i w poszukiwaniu pomocy udał się do Chiang Mai by spróbować medycyny niekoniecznie europejskiej. Długotrwała rehabilitacja przyniosła efekty – wstał z wózka, nauczył się chodzić najpierw o dwóch, potem o jednej kuli, no i… jeździć na rowerze.

Luciano

Pewnego razu Luciano spotkał na swej drodze Anglików, którzy to przy Tha Pae Gate zorganizowali (popularne od jakiegoś czasu chyba i w Polsce) „free hugs” i spytali się go, czy by do nich nie dołączył. Wyjaśnił im jasno, że za ludźmi to on raczej nie przepada i samotnikiem jest z wyboru, ale pod wpływem impulsu jakiegoś się zgodził.

No i coś się w nim odmieniło. Dziś Luciano sam przytula. Przytula rzec by można zawodowo, stojąc na swym posterunku już od 9 rano i rozdając ponad setkę uścisków dziennie.

 

Luciano

Że Wam tu moi drodzy jakąś godną raczej telekspresowej galerii ludzi pozytywnie zakręconych historię sprzedaję? Być może, ale przecież świąteczny to czas, a opowieść o człowieku którego życie odmieniły uściski chyba ładnie się w ten klimat wpisuje?

Pozwólcie zatem, że w tym oto miejscu wszystkim znanym nam i nieznanym czytelnikom, czymkolwiek Święta by dla Was nie były, złożymy najserdeczniejsze życzenia.

Ola i Jacek

O narkotykach słów parę.

11 Sier

Ogłoszenia parafialne:

  • Bilety na tegoroczny wyjazd do Azji (tym razem w jedną stronę) już zakupione. Jako, że linie ukraińskie, a międzylądowanie w Kijowie, mamy kolejny powód by trzymać kciuki za jak najszybsze ustabilizowanie się sytuacji u naszego wschodniego sąsiada.
  • Jako, że otrzymaliśmy kolejną propozycję „biznesową”, pragniemy wyraźnie podkreślić, że jest nam niezmiernie miło, iż podoba się Wam nasza pisanina, ale nigdy nie mieliśmy i nie zamierzamy w przyszłości mieć ochoty na zarabianie na naszym blogu.
  • Fakt, iż ilość polubień naszej stronki osiągnęła liczbę 300 uczcić należy nowym wpisem, co też czynimy z prawdziwą przyjemnością 🙂

Pozdrawiamy serdecznie

Ola i Jacek

Tradycyjna bambusowa fajka wodna.

Narkotyki.

Racząc się Changiem na ławeczce przed jednym z guesthousów w Bangkoku mieliśmy okazję z bardzo bliska przyjrzeć się pracy tajskich policjantów. Wyglądało to tak, jak na porządny film sensacyjny przystało: tego, iż przechodzący obok mężczyźni czymś się wymienili, pewnikiem nawet byśmy nie zauważyli, gdyby kilka sekund później w wąskiej uliczce nie pojawiło się trzech mundurowych na motorach, którzy po krótkiej pogoni ujęli salwującego się ucieczką delikwenta. Skuty wylądował na motocyklu pomiędzy dwoma stróżami prawa i odjechał w siną dal.

Cała sprawa rozegrała się w przeciągu nie więcej niż dwóch minut i nie ukrywam, że byliśmy pod ogromnym wrażeniem sprawności z jaką dokonano aresztowania. Tak długo, dopóki nie okazało się, że to bynajmniej wcale nie diler, ale… jego klient pojechał oglądać tajski areszt od środka. Pechowy Japończyk pojawił się następnego ranka po uiszczeniu łapówki w wysokości 40 tysięcy bahtów (około 4000 złotych).

Przytaczam tę historię, by zwrócić uwagę spragnionym mocniejszych wrażeń czytelnikom, iż takie wydarzenia są w Tajlandii na porządku dziennym. Pragnący się odwdzięczyć za możliwość prowadzenia interesu diler wystawia władzy raz na jakiś czas swojego klienta, a władza zajmuje się już resztą. Dodajmy, że z całkiem sporą skutecznością – tak to się bowiem dziwnie składa, że po kilkunastu godzinach spędzonych bez jedzenia i picia w celi bez okien większość z zatrzymanych ochoczo przystaje na propozycję opuszczenia niegościnnego miejsca za drobną opłatą, a mili policjanci z chęcią podwiozą nawet do bankomatu.

Właściciele guesthousu w którym mieszkaliśmy (prowadzą ten przybytek od lat blisko czterdziestu) ze smutkiem pokiwali jedynie głowami na bezdenną głupotą farangów i trudno im się dziwić. Kupowanie narkotyków od napotkanego przypadkowo na ulicy handlarza na całym świecie jest pomysłem raczej mało rozsądnym a w posiadającej iście drakońskie prawo Tajlandii tym bardziej. O ile bowiem opisany wyżej mechanizm wyjścia „za kaucją” jest stosunkowo często stosowany, to pamiętać należy, że natrafić można na stróżów prawa dużo mniej skłonnych do współpracy, a kara jaką sąd może orzec za to przestępstwo może być nawet karą śmierci. Jej wysokość zależy oczywiście od ilości narkotyków znalezionej przy zatrzymanym oraz kategorii do której zostaną zaliczone (tajskie prawodawstwo wyróżnia ich pięć), niemniej liczenie, że nam się uda należy uznać za raczej mało roztropne, tym bardziej, że tajskie więzienia specjalnie przyjaznych nie należą.

Że straszę? Nie, informuję. Zakładam, że na bloga zaglądają w większości ludzie dorośli i z powyższego powodu nie będę tu również moralizować.

Jeśli młodzież rządziłaby światem, zapewne przypominał by on Van Vieng”.

The New Zealand Herald

Van Vieng to nazwa miejscowości w Laosie, a od pewnego czasu także synonim pewnej grupy szukających mocnych wrażeń młodych turystów. Laotańczycy, którzy otworzyli się na turystykę stosunkowo niedawno podjęli coraz liczniej napływających turystów czym chata bogata, starając się zapewnić, spragnionym bardziej godziwej rozrywki niż kontaktu z miejscową kulturą, młodym ludziom wszystko czego do dobrej zabawy potrzebują. Ich mekką stało się Van Vieng. Połączenie taniego alkoholu, doprawionych różnorakimi substancjami psychoaktywnymi drinków i potraw (koniecznie z „special” lub „happy” w nazwie), z popularną w tych rejonach rozrywką jaką są spływy na oponach okazało się fatalne w skutkach. W samym tylko 2011 roku śmierć poniosło 27 turystów a miejscowy szpital pękał w szwach od rannych bądź wymagających detoksykacji młodych ludzi.

Katastrofalnie odbiło się to także na miejscowej społeczności. Choć napływ gotówki był zapewne efektem pożądanym to już wpływ na relacje społeczne i miejscową kulturę był tak niepokojący, iż sprawą zajęto się na szczeblu rządowym i dwa lata temu rozpoczęto program „wyciszania” tego miejsca próbując mu przywrócić jego pierwotny charakter.

Jeśli można pozwolić sobie na jakieś uogólnienia, w Azji, a przynajmniej w tych jej rejonach, w których mieliśmy okazję poprzebywać nieco dłużej, podejście do narkotyków (i nie mam tu na myśli mocno zróżnicowanego w zależności od kraju prawodawstwa, lecz raczej stosunek do tychże miejscowej społeczności) wygląda na całkiem zdrowy. Psychoaktywne substancje, w Europie będące jakże często tematem tabu, tu przez wieki zostały niejako oswojone i zamieszkujące te rejony społeczeństwa nie miały raczej z nimi wielkiego kłopotu. Kłopoty tak naprawdę pojawiły się gdy do Azji zaczęły trafiać wynalazki białego człowieka w rodzaju amfetaminy, a kto wie, być może przede wszystkim, całkiem nowy sposób podejścia do tychże substancji dotychczas w tych rejonach nie znany.

Podstawową zasadą jest tu przekonanie, że narkotyki są dla starych i mądrych a nie młodych i głupich i o ile widok wiekowego pana siedzącego przed swym domem z fajeczką opium nikogo tu nie zdziwi, to już rozbawiona młodzież obnosząca się z tym, że właśnie udało im się zakupić woreczek z marihuaną może nieco zirytować, szczególnie w małych, wiejskich społecznościach, gdzie nawet palenie tytoniu zarezerwowane jest dla osób dojrzałych. Niekoniecznie godne pochwały wzorce, które młodzi Laotańczycy zaczęli przejmować od swych rozbawionych zagranicznych rówieśników w poważny sposób zachwiały tutejszym tradycyjnym modelem rodziny.

Choć narkotykowych rajów opisywanych przez korespondentów wojennych relacjonujących zawieruchy w Azji w latach 60. i 70. już nie ma, a legenda Złotego Trójkąta to już tylko legenda, poszukujący mocniejszych wrażeń bez trudu znajdą miejsce dla siebie. W Tajlandii nie powinniście zbyt długo czekać, aż ktoś zaproponuje wam coś do palenia, w Kambodży w dalszym ciągu (choć dużo trudniej niż jeszcze kilka lat temu) uda się wam znaleźć lokal oferujący „happy pizzę”, zaś w Laosie „opium, opium” szeptane przez ulicznych sprzedawców usłyszycie równie często jak „ganja, ganja” w Kingston (podczas spaceru po Vientiane ofertę zakupienia opium złożył mi… żołnierz z przewieszonym przez ramię AK-47, co nawet jak na laotańskie warunki wydało mi się być lekką przesadą).

W imię szacunku dla miejscowych społeczności, po raz kolejny nieśmiało sugerowałbym nie zapominać, że jesteśmy tylko gośćmi i starać stosować się do zasad obowiązujących u naszych gospodarzy.

No i pamiętajmy, że jesteśmy w Azji – to, iż właściciel lokalu nie reaguje gdy na tarasie jego restauracji rolujemy sobie jointa nie musi oznaczać, że ów fakt on akceptuje. Tutejsze zasady savoir-vivre`u nie pozwalają mówić pewnych rzeczy wprost, a już zwłaszcza takich, które gościa mogły obrazić bądź choćby tylko zakłopotać.

Exodus.

27 Czer

Obiło się państwu zapewne o uszy, tudzież oczy, że miesiąc temu w Tajlandii wprowadzono stan wyjątkowy a władzę przejęła armia. W żadnym razie nie zamierzam tu namawiać Państwa do zmiany planów urlopowych czy też odwoływania rezerwacji. Kraina Uśmiechu przerabiała już to nie raz i nie dwa i turystów te wewnętrzne rozgrywki (o ile nie wpadną oczywiście na jakiś durny pomysł w stylu oglądania z bliska jakiejś demonstracji) zwykle mało dotyczą. Dziś chciałbym przybliżyć drogim czytelnikom, jak sytuacja w Tajlandii odbiła się na obywatelach krajów ościennych.

 

W ramach rozwiązywania ekonomicznych problemów kraju, wojskowi zaproponowali na początek uregulowanie kwestii nielegalnych pracowników i we właściwy wojskowym mało zawoalowany sposób zasugerowali, iż przyłapanych mogą spotkać kłopoty dużo większe niż jedynie deportacja. Przybysze z Mjanmy, Laosu i Kambodży aluzję pojęli w mig i masowo, czy to z własnej woli, czy też pod lufami karabinów zaczęli opuszczać Tajlandię. Jak wyjaśnił pewnemu młodemu Khmerowi jego pracodawca: „O ile przed policją mogę cię jeszcze ochronić, to przed żołnierzami nawet nie zamierzam próbować”. Wybuchła panika. Wyobraźcie sobie Państwo niewielkie przejście graniczne w Poipet (część czytelników zapewne nie musi go sobie wyobrażać) przez które dzień w dzień przejeżdża niekończący się sznur wypchanych po brzegi ludźmi ciężarówek.

 

Jak podaje najbardziej bodaj kompetentna w tych kwestiach Międzynarodowa Organizacja ds. Migracji (IOM) w ciągu niecałych dwóch tygodni przejście graniczne w Poipet przekroczyło 180 tysięcy osób w tym 12 tysięcy dzieci. Dodać należy do tej i tak porażającej liczby około 45 tysięcy obywateli Kambodży którym udało się przekroczyć granicę na mniej uczęszczanych przejściach jak Pshar Prum, czy Laem Duong.

Część z uczestników tego masowego exodusu nie posiadała ani dokumentów ani pieniędzy, tym bardziej, że jeśli wierzyć świadkom wydarzeń żołnierze tu i ówdzie postanowili sobie dorobić pobierając od przerażonych uciekinierów opłaty za „bezpieczne dotarcie do granicy”. Wielu uciekało w takiej panice, że nie zdążyli, lub im nie pozwolono, zabrać swego dobytku. Gdyby nie pomoc organizacji humanitarnych skończyć się to mogło katastrofą, bowiem Poipet, które znane jest bardziej ze swych kasyn na taką inwazję nie było przygotowane.

Cóż się stało? Nic nowego. Jak świat światem, bez względu na ustrój czy szerokość geograficzną rządzący zamiast wskazywać rozwiązanie problemów zawsze woleli wskazywać ich źródło. I jak świat światem źródłem tym w pierwszej kolejności zawsze byli „obcy”. Zabierający pracę przybysze to wdzięczny temat dla każdego polityka bez względu na to czy jest on Tajem, Anglikiem czy Francuzem.

Szacuje się, że w Tajlandii pracuje ponad 2 miliony zagranicznych pracowników, z czego jedynie około 400 tysięcy to obywatele Kambodży. Czemu zatem to właśnie Khmerowie salwowali się tak spektakularną ucieczką? Obserwatorzy analizujący wybuch tej niespotykanej paniki zwracają uwagę na fakt, iż trauma po ludobójstwie jakie miało miejsce w ich ojczyźnie za rządów Czerwonych Khmerów w dalszym ciągu jest niezaleczona i słysząc groźby uzbrojonych po zęby wojskowych mieszkańcy Kambodży zareagowali instynktownie – natychmiastową ucieczką. Nie od rzeczy będzie chyba też wspomnieć o wzajemnych urazach (tak całkiem świeżych jak i pamiętających zamierzchłe czasy), które wciąż rzutują na stosunki między tymi państwami.

Na koniec warto chyba zwrócić uwagę na fakt, że to co się stało dotyczy nie tylko tych 200 tysięcy osób zmuszonych do ucieczki. Pamiętajmy, że w krajach takich jak Kambodża system emerytalny w praktyce nie istnieje, a jedyną polisą gwarantującą godne przeżycie starości są dzieci. Ci ludzie utrzymywali nie tylko siebie ale i swe rodziny, często spłacając długi zaciągnięte np. na leczenie dziecka.

Cóż tych ludzi czeka? A choćby plan „oczyszczania” stolicy z bezdomnych i pokątnych handlarzy, który to właśnie zaczął wdrażać rząd w Phnom Penh. Inaczej mówiąc: nic miłego.

Wszystkie zdjęcia: International Organization for Migration
https://www.iom.int/cms/en/sites/iom/home.html

Dla odmiany… Jamajka.

30 Maj

Nie rozpieszczamy Szanownych Czytelników ostatnio, oj nie rozpieszczamy. Z tym większą przyjemnością chcielibyśmy Państwa poinformować, że na zaprzyjaźnionym portalu Peron4 ukazał się właśnie nasz tekst o pobycie na Jamajce.

Podróż miała miejsce blisko 6 lat temu, więc niektóre informacje mogą okazać nieco nieaktualne, ale jeśli ktoś chętny, to serdecznie zapraszamy.

Ola i Jacek.

http://www.peron4.pl/wyciagnac-muzyka-spod-prysznica-czyli-przygody-na-jamajce/

Przepraszamy, witamy i obiecujemy.

6 Mar

Rzeczywiście długo na zagranico nie zaglądaliśmy za co wiernych, niewiernych, stałych i całkiem nowych czytelników chcielibyśmy przeprosić.

Strona została pomyślana jako forma kontaktu ze znajomymi, z których przynajmniej część ciekawa była co tam u nas słychać. Obrastając sobie z czasem w grupę nowych czytelników, którym spodobała się nasza pisanina żył sobie nasz blogasek leniwie w rodzinnej można by rzec atmosferze. Ostatnia notka, którą pozwoliłem sobie popełnić miała jeśli można się tak wyrazić „swoje pięć minut w internecie” w wyniku czego nasz blog odnotował rekordową, jak na tego typu kameralne przedsięwzięcie, ilość followersów, udostępnień, polubień itd. Jest nam oczywiście bardzo miło, że te nasze wypociny czyta ktoś więcej niż najbliższa rodzina (co tu ukrywać, sześć tysięcy nowych gości na blogu zrobiło na nas wrażenie) i w tym miejscu chcielibyśmy serdecznie powitać wszystkich nowych czytelników.

Czy coś się w związku z powyższym na blogasku zmieni? Otóż… nic.

Wbrew temu, co zalecają nam wordpress i facebook nie zamierzamy dyskontować chwilowej popularności, zwiększać zasięgu, zdobywać nowych czytelników ani też w ogóle robić niczego co profesjonalny bloger w tej sytuacji robić powinien.

Myślę, że to dla Państwa dobra wiadomość. Możecie być bowiem pewni, że nie staniemy się niewolnikami blogowych statystyk, którzy w trosce o ruch na stronie będą was karmić wpisami o pogodzie za oknem. Tak jak do tej pory notki pojawiać się będą gdy uznamy, że mamy coś sensownego, ciekawego lub choćby śmiesznego do opowiedzenia. Wszak lepiej chyba raz na jakiś czas pogadać o czymś interesującym niż codziennie spotykać się w celu omówienia bieżącej temperatury?

A teraz czas na obiecanki, bo bez obaw – coś tam w bólach, ale jednak się rodzi 🙂

W chwili obecnej szykujemy dłuższą notkę o naszym pobycie na Jamajce, której spodziewać możecie już całkiem niebawem.

Jamajka

Jednocześnie chciałbym uspokoić jednego z naszych czytelników, który drogą mailową zadał pytanie „a jak to jest z tymi narkotykami w Azji?”. Wydało się ono nam na tyle ciekawe, że choć daleko nam do ekspertów w rzeczonej dziedzinie, postanowiliśmy na nie odpowiedzieć nieco obszerniej i ten oto właśnie temat poruszymy w kolejnej notce.

Kłaniamy się nisko i do zobaczenia.

Ola i Jacek